Stalam sie naprawde zgorzkniala.Zepsuta wewnetrznie.I doszlam do wniosku, ze mam strasznie niskie morale; bo w koncu ja nie potrzebuje mezczyzny po to, zeby z nim prowadzic konwersacje na poziomie, ale po to, by moc na kim wyladowac swoje pozadanie…

A moja starosc objawia sie tym, ze:

+ nic, ale to zakurwiastycznie* nic mi sie nie chce;

+ caly czas narzekam;

+ nawet w Soul Calibura nie chce mi sie grac [!!];

+ zamiast zyc dniem dzisiejszym wspominam … i to duzo;

+ wylazi ze mnie sentymentalizm [bleh!].

Przydalby sie rowniez maly remanent w moim umysle, sercu i duszy.
Trzeba sie zaczac leczyc.But how?

*przepraszam za ordynarne wyrazenie